B.
Piętnasta czternaście, wtorek, Bruksela. Od dawna nie spisywałem myśli. Od razu zrobiło mi się smutno bo jak pies Pawłowa mam zakodowane, że piszę jak coś się dzieje. A tu nic się nie dzieje. Kompletnie nic. Za mało czasu by pojechać do centrum, za dużo by oglądać Berlaymont od wszystkich stron. Obejrzałem go z trzech i mam serdecznie dosyć. Siedzę więc i kreślę krzywe litery, których za dzień czy dwa i tak nie rozczytam.
Najpierw o Berlaymont. Nazwy budynków wywołują we mnie przygnębienie. Nazwać kupę betonu to tak jakby ją uczłowieczyć. Tak nazwana ma żyć z nami, posiadać nasze cechy, oddychać tak jak my. Tym czasem historia B. to jeden wielki horror nie zasługujący na nazywanie. Kilkanaście lat walki z azbestową konstrukcją spowodowało, że zanim gmach niemal na nowo wzniesiono, był już starszy od projektu. To tak jakby wcielić w życie wyobrażenie przedszkolaków z 1962 roku o świecie z 2007. Stary – nowy jednocześnie. Taka staro-nowa architektura nowych czasów, które kończą dzieje.
Zimą jest tu zimno, a latem gorąco. Ruchome szklane elementy tworzą futurystyczną fasadę, która zamiast chronić przed słońcem i trzymać ciepło w nocy, prezentują mozaikę esów floresów brudu. W środku – gdzie nawet sekretariaty mają swoje sekretariaty – jednych od drugich oddzielają plastikowe ścianki – wymysł specjalistów od cięcia kosztów. Aby coś na nich powiesić trzeba wołać administratora, który woła znów technika, a ten majstra, pomocnika i wszystkich świętych. Zjawiają się z gwoździem po dwóch tygodniach, a wiadomo, że chęć powieszenia kalendarza lub Matki Boskiej pojawia się tak samo nie spodziewania jak niespodziewanie znika. Ponoć jeden z cypryjskich urzędników przyzwyczajony do upałów, gdy poprosił o odpowiednie ustawienie klimatyzacji, został wezwany przez administratora i jego bandę sługusów do przedstawienie stosownego zaświadczenia lekarskiego. Odnoszę wrażenie, że Unią rządzi komisja, a komisją technicy Berlaymont.
Wszystkich tych urzędasów wsadzono do B. by mięli bliżej do siebie, tymczasem mają do siebie dalej niż kiedykolwiek bo trudno tu nawet trafić do kibla. A wszystko to opowiedział mi pan Andrzej, urzędnik gabinetu Danuty Hubner, kobiety, która nie je. „Hubner nie je” – proponowałem tytuł artykułu do jakiegoś tabloidu kolegom dziennikarzom tu, na tej wycieczce zgromadzonym. Je jabłko i pracuje od ósmej do dwudziestej drugiej. To trzy godziny dłużej niż ja. I dużo jeździ. Jak mówi pan Andrzej – przez cały okres trwania mandatu chce odwiedzić wszystkie unijne regiony. Jest ich grubo ponad dwieście, a ich przedstawiciele włażą do B. drzwiami i oknami. W przeciwieństwie do urzędników średniego szczebla. Robią wystawy, prezentacje, chcą dotknąć szat Danuty Hubner tak by ich regiony stały się krainami dostatku. Danuta Hubner papieżem Europy. Nawiedza regiony niczym Jan Paweł II.
Ten budynek ma straszną przeszłość. Za pracę w nim urzędnicy płacili życiem. Azbest zabijał tu wiele lat. To dlatego B. stał później obandażowany. Wwiercano się w niego, przeorano go, usuwano włókna, ale straszna śmierć urzędników kładzie się na niego cieniem. B. to potwór.
Teraz garść optymizmu, która ma złagodzić jad mojego pisania na obczyźnie choć Unia to nasza wspólna ojczyzna. Hotel znośny. Obsługa miła. W przeciwieństwie do kelnerów okolicznych restauracji. Dasz za grube – obrażony. Dasz za drobne – burczy coś pod nosem. Zamówisz za mało – napluje do kieliszka. Za dużo – przyniesienie zimne. Kelnerzy tak tu ponoć mają. Ale miało być optymistycznie. Więc prawie wszyscy mówią po Polsku. Albo ktoś jest Polakiem, albo pracował z Polakiem. I nie jest tak drogo jak straszą. Piwo dwa Euro. No może trzy. I wszędzie restaurację. Nawet na obrzeżach. A nie jak u nas – kebab i pizzeria na skrzyżowaniu.
Jak wrócę do Polski będę tęsknił za Brukselą.